Ks. Stanisław Siwiec nasz Misjonarz
Ks. Stanisław Siwiec na misjach spędził 36 lat: 18 lat w Zambii i tyle samo na Ukrainie, do tego pół roku w Czadzie. Zna dziewięć języków obcych, a na język lozi - używany w Zambii i Zimbabwe - przetłumaczył ewangelię św. Marka i Mateusza. Zapytany o plany, misjonarz pochodzący z diecezji siedleckiej odpowiada, że chciałby jeszcze wrócić do Afryki.

Ks. S. Siwiec pochodzi z Józefowa, z parafii Tuchowicz w powiecie łukowskim. Po otrzymaniu świeceń kapłańskich w 1962r. rozpoczął pracę jako wikary w Terespolu. Studiował na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, a później w Rzymie. Był profesorem w seminarium duchownym w Siedlcach. - Planowałem wyjechać do kraju, gdzie jest język francuski i arabski, ale przyjechał do Siedlec czarnoskóry duchowny z Zambii, który szukał misjonarza. Ówczesny biskup siedlecki Jan Mazur podobno mu odpowiedział: „mamy kandydata, czeka kilka lat”. Pomyślałem, że Zambia jest już trochę polska, bo od jakiegoś czasu pracowali tam polscy jezuici z abp. Adamem Kozłowieckim na czele, znałem też trochę język angielski - wspomina kapłan.
Po dziesięciu latach pracy dydaktycznej w seminarium, w 1982r. ks. S. Siwiec wyjechał na misje do Zambii, gdzie trafił na parafię do księży irlandzkich. - Mieli mniej powołań, więc ucieszyli się, że będzie nowa krew. Przy nich wygładziłem język. Pracowałem trzy lata na parafii, a potem w seminarium. Po jakimś czasie wróciłem jednak na swoją placówkę misyjną nad rzeką Zambezi, blisko wodospadu Wiktorii, gdzie znałem miejscowy język i czułem się jak swój - opowiada misjonarz. Tam też z wiernymi zaczął budować kaplicę. - Pewnego dnia po Mszy św. wzięliśmy długi, drewniany krzyż i wyruszyliśmy w procesję, która trwała ze dwie godziny. Postawiliśmy krzyż na placu, a potem wznieśliśmy kapliczkę z trawy i żerdzi - opisuje ks. S. Siwiec. Potem zaczęto budować kościół.
Na Ukrainie w „delegacji”
Po dziesięciu latach pracy w Afryce, w 1992r. kapłan powrócił do kraju, aby być bliżej chorej matki. W tym okresie rektor seminarium duchownego w Gródku na Ukrainie poszukiwał nowych profesorów. Pomyślał o ks. S. Siwcu. Namawiał go tak intensywnie, że niedawny misjonarz z Afryki zgodził się pojechać na Ukrainę i tam dzielić się swoją wiedzą z kandydatami do kapłaństwa.
- W seminarium w Gródku na Podolu potrzebowali księdza, który zna angielski. Okazało się, że są tam studenci z Afryki. Przyjęli mnie jak swojego - podkreśla misjonarz. W Czemierowce, ok. 30 km. od Gródka, ks. S. Siwiec zbudował kościół i wprowadził do niego obraz Matki Boskiej Częstochowskiej z Tuchowicza. Przez osiem lat ofiarnie wspierał seminarium duchowne i jego studentów w Gródku. W 2000r., po śmierci mamy, kapłan ponownie wyjechał do Zambii. - Ludzie na Ukrainie mieli do mnie pretensje: „zostawia nas ksiądz sierotami” - wspomina i dodaje: - Na Ukrainie czułem się jak w delegacji, a w Afryce jak w domu.
Podczas kolejnego pobytu w Zambii misjonarz pracował m.in. nad przekładem Pisma Świętego na języki miejscowe. Bardzo przyjemna praca. Jedną stronę tłumaczy się trzy godziny, ale żeby przetłumaczyć całość, trzeba by pracować nad tym z 15 lat - zauważa.
Zobaczyć wodospady Wiktorii
W Afryce ks. S. Siwiec zajął się budową kolejnej kaplicy. - Dostaliśmy plac, z którego ziemię brano na budowę szosy, powstały wielkie, głębokie jamy. Najmowaliśmy mężczyzn, żeby to zasypywali. Płaciło się za dzień, ale robota szła strasznie długo. Pewnego dnia powiedziałem: „teraz będziecie pracować na akord”. Prace ruszyły z kopyta. Mieliśmy budować jeszcze szkółkę, ale z powrotem wzięto mnie do seminarium - opowiada kapłan.
Z czasów pracy misyjnej w Zambii ks. S. Siwiec ma jeszcze inne wspomnienie: - Po tygodniu pobytu ksiądz z Włoch mówi do mnie: „pojedziemy teraz zobaczyć wodospady Wiktorii na rzece Zambezi, jeden z siedmiu cudów świata”. Byłem wtedy zajęty misjami, chciałem chłonąć miejscowy język, więc odpowiedziałem, że mnie to nie interesuje. Kolega się zgorszył. Mniej więcej w tym samym czasie inny mój kolega z Sandomierza, który pracował w Afryce 42 lata, przed powrotem do Polski miał sen. Przyśniło mu się, że św. Piotr go zapytał: „czy ty widziałeś te wodospady?”. Pojechał je zobaczyć. Wrócił do Polski i zaraz umarł. To i ja w końcu je zobaczyłem.
Kiedy po raz kolejny ks. S. Siwiec pojawił się w Afryce, w jednej z wiosek rozpoznali go, krzycząc w swoim języku „ksiądz modlitwa”. - Tak na mnie wołali, bo w wolnych chwilach uczyłem dzieci robotników pacierza: „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryjo”, „Wierzę w Boga” - wspomina. I opisuje zdarzenie: - Na jednej z Mszy św. w kościele, do którego kapłan przyjeżdżał raz na dwa miesiące, było niewielu dorosłych, z pięcioro dzieci. Dałem im ciasteczka. W kolejną niedzielę było ich już ok. 20. Pomyślałem: „trzeba dawać dalej”. Po nabożeństwie odbywała się w szałasie lekcja religii, a na niej znowu nauka pacierza. Na koniec ciastka. Dzieci cierpliwie czekały.
Kapłan przez pół roku był też w Czadzie. - Tam nie było kontaktu z ludźmi. Dużo muzułmanów, inny świat - zwraca uwagę misjonarz. Wrócił do Zambii. A następnie, w 2006r. ponownie trafił na Ukrainę, gdzie powtórnie zajął się pracą duszpasterską jako proboszcz jednej z parafii.
Kościół rosnący w siłę
Życie misyjne ks. S. Siwca rozdarte jest między Afryką a Ukrainą. - Serce mam w Afryce - zaznacza misjonarz, dodając, że swojej ojczyzny, Polski, się nie wyrzeka. Opowiada też o różnicach pomiędzy krajami, w których służył. - Na Ukrainie dobrze jest żyć, bo sporo Polaków, a w Afryce dobrze pracować, bo tam są pobożni ludzie - podkreśla ks. S. Siwiec. Wskazuje też, jak dużą rolę w Afryce odgrywa pomoc finansowa. - Pokazuje, że dla tych ludzi masz serce, że ich lubisz, jesteś potrzebny. Trzeba też umieć wziąć - zaznacza kapłan. I wspomina swoją pierwszą wizytę na stacji misyjnej z księdzem irlandzkim. - Po Mszy św. podszedł do mnie Afrykańczyk. Chciał mi dać jakieś drobne pieniądze, ale ich nie przyjąłem. Towarzyszący mi ksiądz zwrócił uwagę, że źle zrobiłem - zauważa misjonarz. - Tamtejsi parafianie czuli się bardzo odpowiedzialni za parafię. Podczas Mszy św. przynosili dary: pomarańcze, banany, cukier, butelki coca coli, jajka, raz nawet była kura. Taki dar dla księdza. Byli dumni, że mają swojego kapłana - opowiada ks. S Siwiec. I zaznacza, że Kościół w Afryce rośnie w siłę duchowo i materialnie. - Kiedyś było tam 10 mln, a teraz jest 110 mln katolików. Na 12 mln Zambijczyków przypada ich ok. 2,5 mln. To Kościół młody, z dużym impetem i gorliwością. Pamiętam, jak podczas adoracji Najświętszego Sakramentu jedna z kobiet wyszła z kościoła na kolanach. Radość sprawia im, że coś się buduje. Kilkadziesiąt lat temu duchowni byli sam biali, dziś są księża miejscowi - opisuje kapłan.
… i „przeczekujący”
Odwrotnie jest na Ukrainie, gdzie starsi ludzie wymierają, a dzieci rodzi się mało. - Misja na Ukrainie to dochować swoich ojców. Nieraz zamyka się tam stacje misyjne, bo jest zalew prawosławia - przyznaje ks. S. Siwiec, który tamtejszy kościół nazywa „przeczekującym”. - Ewangelizacja jest bardzo ciężka. Na początku Mszę św. sprawowałem w języku polskim. Po jakimś czasie usłyszałem: „niech ksiądz coś wstawi po ukraińsku, by młodzi ludzie zrozumieli, aby nie czuli się obco; może będzie narybek”. I tak z polskiego powoli przeszedłem na ukraiński, z czego polskie władze nie są zadowolone, bo Kościół podtrzymywał polskość, a teraz musi z tego zrezygnować dla dobra religii - podkreśla kapłan.
Ks. Kazimierz Jóźwik, referent ds. misji diecezji siedleckiej, o ks. S. Siwcu mówi: - Ks. Stanisław to historia Kościoła misyjnego. Misjonarz nr 1 w całej diecezji siedleckiej. Dekanat janowski, który adoptował ks. Siwca, wspiera go modlitwą. Cała diecezja powinna pamiętać o naszym supermisjonarzu, bo życzyłbym sobie, żeby takich jak on, którzy po ponad 30 lat służą na misjach, było jak najwięcej w naszej diecezji, a ks. Stanisławowi życzę żelaznego zdrowia, żeby do 100 lat w takiej radości, optymizmie służył Kościołowi. I mógł jeszcze wrócić do Afryki...
